Finansowe przywileje Zachodu
Łukasz Krzempek
Od czasów powojennych, kiedy to globalny system walutowy uregulowany został przez układ z Bretton Woods, dolar zyskał status nieosiągalny dla innych walut. Stał się globalną walutą rezerwową, w której znaczącą część oszczędności trzymała większość krajów świata. Nawet po wstrzymaniu w 1971 roku wymienialności na złoto, dolar utrzymał swoją pozycję, m.in. za sprawą porozumień dotyczących rozliczania handlu ropą naftową (stąd pojęcie petrodolarów). Szybko zorientowano się, że układ taki daje Stanom Zjednoczonym liczne korzyści – zwłaszcza dostęp do taniego i niemal nieograniczonego kredytu. Zjawisko to zyskało miano exorbitant privilege – nadmiernego, przesadnego przywileju.
Jak w prosty sposób zrozumieć kluczowy mechanizm tego przywileju? Otóż, utrzymując rezerwy dolarowe, w postaci amerykańskich obligacji, inne kraje de facto pożyczają pieniądze Stanom Zjednoczonym. Kiedy popyt na te obligacje jest wysoki, ich oprocentowanie, a więc odsetki, które USA musi płacić posiadaczom, spadają. Wyobraźmy sobie teraz, że określoną kwotę, pożyczoną zza granicy w formie obligacji, Stany Zjednoczone lokują także za granicą, czy to w aktywach finansowych, czy bezpośrednich inwestycjach zagranicznych. Zwrot, który otrzymują, jest wyższy, niż zaniżona rentowność obligacji USA, a więc netto pewna suma transferowana jest do Ameryki z pozostałych krajów. Pozwala to m.in. na utrzymywanie permanentnego deficytu handlowego, a więc importowanie więcej, niż się eksportuje, przy zachowaniu zrównoważonego bilansu płatniczego – ta dodatkowa konsumpcja finansowana jest przez różnicę między zwrotem z aktywów zagranicznych a kosztami obsługi długu. I rzeczywiście, deficyt handlowy USA trwa nieprzerwanie od lat 70.
Jednak w nowoczesnym świecie inne gospodarki i inne waluty, zwłaszcza bezprecedensowy projekt, jakim jest euro, nie są już tak odległe od statusu USA i dolara. Czy w związku z tym miano exorbitant privilege zmalał? A może rozszerzył się na inne kraje? Gaston Nievas i Alice Sodano z Paris School of Economics korzystają z niemal wszystkich dostępnych danych na temat globalnych aktywów zagranicznych i przepływów pieniężnych aby odpowiedzieć na to pytanie i zmierzyć skalę zjawiska. Rezultat jest jednoznaczny – skłaniają się zdecydowanie ku tezie o poszerzeniu exorbitant privilege do rich world privilege. Według ich obliczeń, 80% biedniejszych (pod względem dochodu per capita) krajów świata transferuje rocznie co najmniej 2-3% swojego PKB do najbogatszych 20%. Wśród beneficjentów, oprócz Stanów Zjednoczonych, są m.in. Japonia, Niemcy, Francja, czy Wielka Brytania. Kto traci? Chiny, Rosja, ale i wszystkie kraje Afryki czy Ameryki Południowej.
Co gorsza, trend ten zdaje się pogłębiać, na przekór tezom głoszącym, że kraje rozwijające się mają najwięcej do wygrania w wymianie międzynarodowej. Od początku XXI wieku dochód, jaki najbogatsze kraje czerpią z tytułu tego przywileju, zdążył się potroić. Kluczowym wskaźnikiem jest tu excess yield, czyli różnica między oprocentowaniem zagranicznych aktywów i pasywów. Jest ona coraz bardziej dodatnia dla krajów bogatych (rekordzistą jest tu Japonia z wartością 5%, USA przypadają 2%, a strefie euro 1%) i coraz bardziej ujemna w przypadku krajów biedniejszych (-3% w Rosji, -2% w Chinach).
Autorzy nie poprzestają na samym przedstawieniu liczb. Obalają także konkurencyjne hipotezy, które sugerowałyby, że takie różnice w zwrotach z aktywów są konsekwencjami „rynkowych” zjawisk, które mogłyby być globalnie efektywne. W ten sposób rozprawiają się m.in. ze stwierdzeniem, że inwestycje krajów bogatych są ekonomicznie bardziej opłacalne, czy też że wyższy zwrot jest premią za związane z nimi większe ryzyko. Co ciekawe, pokazują również, że dysproporcja wcale nie bierze się wyłącznie z długów i aktywów publicznych – dla samego sektora prywatnego „przywilej” jest jeszcze większy.
Kraje Zachodu działają więc jako bankierzy reszty świata: pożyczają tanio, aby zainwestować z wyższym zwrotem, i pobierają za to analogiczną do banku premię. Wynika to z samej konstrukcji globalnego systemu finansowego – zatem choć niesprawiedliwego systemu z Bretton Woods nie ma z nami od pół wieku, jego najbardziej niepożądane efekty wciąż istnieją, a wręcz ich skala rośnie coraz szybciej. Nieuchronna niestabilność polityczna, wynikająca z takiego utrwalania globalnych nierówności, prędzej czy później zagrozi całemu światu, nie tylko bezpośrednio tracącym. Autorzy proponują zatem szereg rozwiązań: przede wszystkim globalny podatek od nadzwyczajnych zysków kapitałowych, a także budowę niezależnych instytucji finansowych globalnego Południa – na przykład własnych banków, prowadzących rozliczenia w lokalnych walutach.
