Czy wiedza smakuje lepiej, gdy kosztuje?
Sylwia Radomska
Debata o odpłatności za studia wyższe regularnie powraca zarówno w dyskursie publicznym, jak i w badaniach naukowych. Zwolennicy bezpłatnej edukacji wskazują, że stanowi ona dobro publiczne, wspiera mobilność społeczną i zmniejsza nierówności. Obrońcy czesnego podkreślają natomiast, że dyplom jest przede wszystkim inwestycją w kapitał ludzki jednostki, a skoro przekłada się na wyższe zarobki, to koszty kształcenia nie powinny spoczywać wyłącznie na barkach beneficjentów. Ekonomiści od lat próbują rozstrzygnąć ten spór, badając, jak zmiany w wysokości opłat wpływają na decyzje młodych ludzi. Wyniki pokazują jedno: rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż proste hasło „płatne czy bezpłatne”.
Jednym z ciekawszych przykładów tzw. naturalnego eksperymentu była reforma w Wielkiej Brytanii, gdzie poszczególne regiony prowadzą odrębną politykę edukacyjną. W 2012 roku w Anglii maksymalne czesne wzrosło ponad 2,5-krotnie – z 3 375 do 9 000 funtów rocznie – podczas gdy w Szkocji studia pozostały bezpłatne. Ekonomistka Filipa Sá wykorzystała tę sytuację, aby porównać decyzje edukacyjne młodych ludzi. Jej analiza pokazała, że wyższe opłaty prowadziły do spadku liczby aplikacji: 10-procentowa podwyżka czesnego oznaczała średnio 4-procentowy spadek liczby kandydatów. Najmocniej ucierpiały uczelnie mniej prestiżowe i kierunki humanistyczne, natomiast studia ścisłe i techniczne pozostały popularne – inwestycja w nie dawała bowiem większy zwrot na rynku pracy.
Obraz ten jest jednak bardziej zniuansowany. Wraz z podwyżką wprowadzono rozbudowany system pożyczek i stypendiów. W efekcie negatywne skutki nie dotknęły najsłabszych ekonomicznie grup. Co więcej, spadek liczby aplikacji okazał się wyraźniejszy wśród kandydatów z bogatszych rodzin, a także wśród kobiet i białych studentów. Badania Len’y Hassani-Nezhad i jej zespołu pokazały, że młodzież nie zmieniła swoich planów edukacyjnych, ale rodzice zareagowali wyraźnie. W gospodarstwach uboższych aspiracje wobec dzieci wzrosły, bo system wsparcia uczynił studia bardziej realnymi. W rodzinach zamożniejszych entuzjazm wobec uniwersytetu osłabł. W rezultacie różnice klasowe w oczekiwaniach wobec dzieci uległy zmniejszeniu – paradoksalny efekt droższej edukacji.
Jeszcze inną perspektywę otwierają badania Pietro Garibaldiego Pietro Garibaldiego i współpracowników na Uniwersytecie Bocconi we Włoszech. Tam wysokość czesnego uzależniona była od dochodów rodziców. Badacze nie analizowali samej decyzji o podjęciu studiów, lecz skłonność studentów do terminowego zakończenia nauki. Okazało się, że wyższe opłaty zmniejszały prawdopodobieństwo wydłużania studiów ponad przewidywany okres czterech lat. Innymi słowy: gdy edukacja kosztuje, studenci mają większą motywację, by ukończyć ją w terminie.
Ciekawych wniosków dostarcza przykład Niemiec. Do początku XXI wieku studia były tam niemal darmowe – studenci płacili jedynie symboliczne opłaty administracyjne. Sytuacja zmieniła się w 2005 roku, gdy Federalny Trybunał Konstytucyjny pozwolił landom wprowadzać czesne. Skorzystało z tego siedem z szesnastu, m.in. Bawaria, Dolna Saksonia i Badenia-Wirtembergia. Opłata wynosiła około 1000 euro rocznie. Eksperyment nie trwał jednak długo: pod wpływem protestów społecznych między 2011 a 2014 rokiem kolejne landy wycofywały się z czesnego, a ostatnia Dolna Saksonia zrobiła to w 2014 roku.
Tak powstał naturalny eksperyment, z którego skorzystał Malte Hübner. Wykazał on, że wprowadzenie opłat zmniejszało skłonność do składania podań na uniwersytet w macierzystym landzie o około 2 punkty procentowe. Co ciekawe, najlepsi uczniowie reagowali na czesne słabiej, a nawet częściej wybierali studia tam, gdzie były płatne. Ci ze słabszymi wynikami woleli uciekać do landów bezpłatnych.
Inni badacze – Leandro Henao, Johannes Berens i Kerstin Schneider – sprawdzili, co się stało po powrocie do darmowości. Okazało się, że niemieccy studenci częściej rezygnowali z egzaminów, rzadziej je zdawali, a liczba tzw. „ghost students” – osób zapisanych, ale faktycznie nieuczestniczących w zajęciach – wyraźnie wzrosła. Gdy kolejne semestry nauki nie generują żadnych kosztów, znika presja, by kończyć studia w terminie.
Wszystkie te przykłady prowadzą do jednego wniosku: pytanie „płatne czy bezpłatne?” jest źle postawione. Wpływ czesnego na decyzje młodych ludzi zależy od kontekstu instytucjonalnego – od istnienia systemu stypendiów i pożyczek, od konstrukcji ulg, a także od sygnałów, jakie państwo wysyła studentom co do wartości i kosztu ich wyborów. W jednych krajach opłaty ograniczają dostęp, w innych działają jak motywator. Darmowość bywa szansą, ale potrafi też stać się zachętą do odkładania egzaminów w nieskończoność.
W Polsce spór o finansowanie uczelni publicznych wciąż toczy się głównie na poziomie haseł: „darmowe studia dla wszystkich” kontra „niech płaci ten, kto korzysta”. Tymczasem lekcje płynące z doświadczeń Wielkiej Brytanii i Niemiec pokazują, że prawdziwe pytanie brzmi inaczej: dla kogo i na jakich warunkach powinny być studia płatne bądź bezpłatne. Bo wiedza nie zawsze smakuje lepiej, gdy kosztuje – ale też nie zawsze jest bardziej wartościowa, gdy nie kosztuje nic.
